Książę Niklot, który zasiadł na tronie obodrzyckim w 1131 roku, był znakomitym władcą. Swoje panowanie starał się podporządkować
odrodzeniu gospodarczemu i poprawnych relacjach z sąsiadami. Szybko zdobył opinię mądrego i sprawiedliwego i nawet Sasi udawali
się przed jego sąd, by rozstrzygać swe zwyczajowe spory. Są to wydarzenia bez precedensu, ponieważ duch „Drang nach Osten” był cały
czas żywy, zwłaszcza wśród biskupów marchii nadgranicznych. A w końcu Niklot był poganinem!
Jednak szybko przyszło mu się zmierzyć z chyba najpotężniejszą krucjatą, jaka kiedykolwiek została zorganizowana. Głównymi jej
przywódcami byli margrabia Albrecht Niedźwiedź prowadzący 60-tysięczną armię, książę Saksonii Henryk Lew na czele 40 tysięcy,
Duńczycy pod wodzą pretendentów do tronu Kanuta i Swena, którzy zaprzestali swych sporów i zdołali zebrać flotę w sile 1000 (tysiąca!)
okrętów, oraz polscy książęta, Bolesław Kędzierzawy i Mieszko Stary, ten ostatni na czele (podobno) 20 tysięcy dobrze okrytych wojsk
(okrytych za pieniądze Konrada III). Jednak jak się okaże, rola polskich władców będzie mocno dwuznaczna) Oprócz tych wymienionych,
najwybitniejszymi przywódcami było cale grono arcybiskupów, biskupów oraz opatów, którzy zawsze mieli najwięcej do powiedzenia. Nawet
dowództwo floty duńskiej objął biskup Boeskilde, Ascerus.
To dzięki Konradowi III do tej krucjaty w ogóle doszło. Król sam zobowiązał się udać na wyprawę do Ziemi Świętej i nie zamierzał
opuszczać swego kraju, nie dając pozostałym tu czegoś do roboty. Pomysł krucjaty spotkał się z dużym poparciem biskupów, choć pomniejsi
sascy możnowładcy byli wobec niej niechętni. Jednak Konrad III zdołał uzyskać (u papieża) dla krucjaty połabskiej statut równy wyprawie
krzyżowej do Ziemi Świętej, łącznie z odpustami dla jej uczestników.
Papież Eugeniusz III poszedł nawet dalej – udzielił odpustów pod warunkiem, aby „żaden z nich pod karą ekskomuniki nie przyjął od pogan
pieniędzy czy okupu, co mogloby ostudzić zapał religijny, a niewiernych w ich błędach umocnić”. Jak widać, papież nastawiał krzyżowców na
eksterminację.
To wszystko spowodowało, że nastąpił wybuch fanatyzmu religijnego i do armii krucjatowej przyłączyła się masa zbrojnych – w końcu nie
trzeba było odbywać dalekiej i ciężkiej podróży, a wielu rycerzy (pojawili się nawet z Italii!) było ciekawych tych „Saracenów z północy”,
jak nazwano Słowian połabskich. Tawerny w Rzeszy, Danii i innych regionach opustoszały z szumowin. Rozentuzjazmowana ludność wielu miast
kupowała wojsku dodatkowe wyposażenie, jak kusze, które były dozwolone w przypadku walki z poganami.
Jeśli spojrzycie na mapkę Połabia, na jej skromny obszarowo region, oraz uwzględnicie stan zapaści gospodarczej i dużego wyludnienia
(wskutek nieustannych wojen i chrześcijańskich rządów Henryka Gotszalkowica), w jakiej te tereny wówczas się znajdowały, to można by
sądzić, że krucjata odniesie błyskawiczny i bezproblemowy sukces. Nic bardziej mylnego.
Niklot doskonale zdawał sobie sprawę z zagrożenia, a jego przyjacielskie relacje z wieloma władcami (m.in. z Adolfem grafem Holsztyńskim)
oraz duża liczba szpiegów (Połabianie tradycyjnie byli dwujęzyczni i bez problemów wnikali w szeregi armii krzyżowej) powodowały, że
zawsze był krok przed nimi. W 1146 roku Niklot został na ogólnosłowiańskim wiecu w Zwierzynie uznany władcą Obodrzyców, Wieletów,
Czerezpian, Chyżan, Doleńców, nawet plemion z Łużyc, które nominalnie znajdowały się pod władaniem Niemców.
Ponieważ armie krzyżowe zbierały się powoli, Niklot przeprowadził uderzenie wyprzedzające na Wagrię. 26 czerwca 1147 roku flota Obodrzyców
wpłynęła o brzasku do ujścia Trawny, kierując się na Lubekę. Paląc znajdujące się w porcie okręty dokonała desantu na miasto, po czym
zdobyła twierdzę Segeberg. Rozpuszczone oddziały jazdy przeprowadzały głębokie rajdy, zmuszając jeszcze nie zorganizowane armie krzyżowe
do reakcji. Operacja wagryjska miała kapitalne znaczenie moralne, pokazując siłę obodrzyckich wojsk.
Plan krucjaty był prosty. Głównymi celami ataków miały być obodrzycki Dubin i lucicki (Wieleci) Dymin. Później flota Duńczyków miała
przewieźć krzyżowców na Rugię i tam dokończyć dzieła zniszczenia. Jednak gdy Sasi i Duńczycy nieopatrznie rozbili swe obozy w miejscu
rodzielonym groblą i jeziorem, Niklot gwałtownym atakiem uderzył na wojska duńskie, zadając im duże straty. I zrobił to praktycznie na
oczach bezsilnych Sasów.
Tymczasem duńska flota, zakotwiczona u ujścia Warnawy, została nagle napadnięta przez Rugiów, których mniejsze i znacznie zwrotniejsze
okręty okazały się bardzo skuteczne, rozbijając duński szyk. Poza tym Rugiowie, nie bacząc na swe znacznie mniejsze siły, zastosowali
blokadę wciąż ogromnej floty duńskiej od strony morza, jakby przygotowując się na przybycie posiłków i generalny atak (nawet przysłano
kilka okrętów, bliźniaczo podobnych do jednostek Pomorców). Duńczycy nie wytrzymali nerwowo – hurmem wsiedli na swe okręty i w panice
zaatakowali „blokadę”. Rugiowie łaskawie ich przepuścili i w ten sposób Dania zakończyła swój udział w krucjacie połabskiej.
Pod Dyminem Albrecht Niedźwiedź kilka razy znalazł się w rozpaczliwej sytuacji – Wieleci podczas zaskakujących nocnych ataków o mało
nie opanowali jego obozu, gdyż wojska Albrechta zostały poważnie uszczuplone odejściem kilku kontyngentów biskupich, którzy szukali
łatwiejszego łupu (o tym w innej notce).
„Czyż ziemia, która pustoszymy – powtarzano w obozach krzyżowców – nie jest nasza? Dlaczego wiec swymi nieprzyjaciółmi jesteśmi? Takie
głosy było słychać wśród Sasów (Helmold). Jasno z nich wynika (co podkreśla Andrzej Michałek), że wśród krzyżowców aktywnie działała
agentura słowiańska, siejąc defetyzm i doprowadzając do upadku morale.
Podczas tej krucjaty w zasadzie nie stoczono żadnej większej i rozstrzygającej bitwy (poza oczywiście oblężeniem Dubina i Dymina oraz
walkami na morzu), jednak nieustannie trwały drobne utarczki, zasadzki i szybkie rajdy w wykonaniu Połabian, na które krzyżowcy nie
potrafili znaleźć żadnej skutecznej metody. Słowianie całkiem sprawnie opanowywali szlaki komunikacyjne, uniemożliwiając dowóz żywności
oraz kontakt pomiędzy oddziałami wroga. Efektem tego był głód i nieuchronne zarazy, które dziesiątkowały krzyżowców.
W końcu stalo się jasne, że kontynuowanie walki może skończyć się katastrofą. Pokój zawarto pod Dubinem na zasadzie „status quo ante”,
czyli utrzymania dawnego stanu rzeczy (Niklot zobowiązał się także do wydania jeńców duńskich i do przyjęcia chrześcijaństwa), co w
zasadzie niewiele znaczyło i mogło być jedynie wstępem do kolejnych wojen. Krucjata skończyła się porażką, jednak dla Połabia to nie
koniec nieustannej walki o przetrwanie.
P.S.
Postać księcia Niklota była przez poprawnych religijnie historiografów bezlitośnie wyszydzana i starano się umniejszyć jego osiągnięcia.
Niklot, mimo pewnej rysy na swoim życiorysie, był władcą naprawdę dużego formatu, łagodnym w czasie pokoju i straszliwym wojownikiem
podczas wojny, dotrzymywał słowa danego wrogom i nigdy nikomu niczego nie zabrał. W porównaniu do bandy złodziei i morderców z drugiej
strony wypada naprawdę wspaniale.
źródła:„Dzieje polityczne Obodrzyców” Adam Turasiewicz.
„Słowianie zachodni. Początki państwowości” Andrzej Michałek.
autor:Ryuuk
8/31/2011
8/26/2011
Patriotyzm Pogański ,a chrześcijański.
Czym tak naprawdę różni się politeizm od monoteizmu? Chrześcijaństwo od nordyckich, greckich czy słowiańskich wierzeń? Pomijając liczbę
bogów, jest pewna różnica, która była dość specyficzna, a która dawało się zauważyć w każdym pogańskim kraju, w którym zaprowadzono
chrześcijaństwo.
W chrześcijaństwie zanikał patriotyzm. Już w starożytnym Rzymie mieszkańcy przestawali być dumni z tego, że są Rzymianami. Gdy Goci w
410 i Wandalowie w 455 roku maszerowali ulicami Rzymu, gdy go plądrowali, nikt nie stanął im na drodze. Nie jest zatem niczym zaskakującym,
że obroną chrześcijańskiego Rzymu zajmowali się … pogańscy barbarzyńcy. To samo będzie w Bizancjum, które niejako było „spadkobiercą”
dawnego Rzymu. Tam również będą się opierać na najemnej armii obcokrajowców, bo chrześcijańscy Grecy nie będą nawet chcieli słyszeć o
walce w obronie kraju.
Już ksiądz Salwianus z Marsylii (400-480) wystąpił z tezą, że cnoty społeczne, które podupadły wśród cywilizowanych (chrześcijańskich)
Rzymian, odnaleźć można w czystszej postaci tylko u pogańskich najeźdźców!
Zawsze gdy jakiś kraj stawał się chrześcijański, to po jakimś czasie ludzie tracili ochotę do jego obrony. Czasem było to błyskawiczne,
czasem trwało to dłużej (jeśli chrystianizacja była powolna), jednak ten scenariusz zawsze się powtarzał. O ile pogańskie Połabie stawało
całe w obronie swojej wolności, to w krajach chrześcijańskich, na skutek sztuczek prawnych, na wojny wyruszało standardowo 30% feudałów
do tego zobligowanych, a prosta ludność unikała służby jak tylko mogła (stąd owe prawa azylu, zamiana przestępcom kar na służbę w
oddziałach biskupich, o popularności najemników nie mówiąc). Co prawda podczas krucjaty połabskiej zgłosiło się około 70 % feudałów
(więcej niż na krucjaty do Ziemi Świętej!), ale był to głównie efekt wybujałej nienawiści do Słowian i religijnego fanatyzmu. Dlatego
właśnie wielu feudalnym wojnom usilnie starano się przypiąć sztandar „krucjaty” – można było wówczas liczyć na znaczne powiększenie
szeregów.
Poganie byli zazwyczaj dość kiepskimi wyznawcami, w odróżnieniu od chrześcijan, dla których wiara stanowiła, a raczej powinna stanowić
sens życia, jego największą wartość. To zresztą nic dziwnego, ci pierwsi mieli do wyboru wielu bogów, bogiń i gdy któryś im nie pasował,
to zawsze mogli go sobie „podmienić” – Thora na Baldura, Izydę na Atenę, Peruna na Swarożyca lub Żmija. Do tego pogańscy bogowie nie byli
(przynajmniej w większości) wszechmocni. Natomiast w chrześcijańskim monoteizmie Bóg jest jedyny i doskonale dobry (nawet gdy wyczynia
odrażające rzeczy), nie ma więc od niego ucieczki.
Podczas gdy poganie kultywowali wierność rodzinie (rodowi, klanowi), dalej plemieniu, czy związkowi plemion (później zaś doszło państwo,
księstwo czy orda), w chrześcijaństwie dążono do tego, by wierność bogu zawsze znajdowała się na pierwszym miejscu, by zastępowała nawet
więzy krwi. To nie przypadek, że za założyciela wszystkich trzech wielkich religii monoteistycznych uważa się Abrahama, czyli kogoś, kto
był zdecydowany zarżnąć własnego syna na znak poddaństwa bogu.
Oczywiście różnego typu „pogańskie teokracje”, o gorliwych wyznawcach (religijnych fanatykach z prawdziwego zdarzenia), gdzie np.
składano w ofierze ludzi, także się zdarzały, czego doskonałym przykładem są Aztekowie. Jednak, co nadzwyczaj ciekawe, związane było
to zawsze z „błyskotliwym” odkryciem, że bogom zawdzięczają dosłownie WSZYSTKO i nieodłącznym uznaniem się za „naród wybrany”) Tych
wybranych narodów jest/była cała masa, a wybierali Jahwe, Allah, Quetzalcoatl, Odyn, itd.
Doskonałym przykładem owego przejścia z patriotyzmu pogańskiego na chrześcijański jest Polska. Najpierw rozpatrzmy wojny, jakie prowadził
w latach 1004 do 1018 Henryk II z Bolesławem Chrobrym. Cesarz, którego głównym celem stało się rzucenie Polski na kolana, na swoje wyprawy
ściągał ogromne kontyngenty wojsk (nawet z Italii), wymuszał udział w nich na Czechach, a nawet najmował Wieletów (co go sporo kosztowało).
Mimo ogromu jego sił, które mogły liczyć mocno ponad 30 tys. wojska, oraz doskonałego uzbrojenia, Henryk II był przegrany, jak
tylko podjął decyzję o wojnie. To się może wydawać dziwne, ale Polska pod rządami Mieszka I i początkowo Bolesława Chrobrego nie była
krajem feudalnego chrześcijaństwa. Znajdowała się jeszcze w okresie przejściowym. Było to państwo o niewielkiej i scentralizowanej
administracji, wojsku (drużnikach) całkowicie na książęcym żołdzie, czyli było pozbawione owej zmory chrześcijaństwa – feudałów
przedkładających własne interesy nad dobro kraju i duchowieństwa wyciskającego z poddanych siódme poty. Oczywiście ludność zaczynała
już pomału odczuwać koszty chrystianizacji, ale w obliczu groźnego wroga znikały nawet takie animozje.
Książę mógł błyskawicznie ruszyć do walki na czele swojej drużyny, a nawet przeprowadzić uderzenie wyprzedzające na terenie nieprzyjaciela.
Powszechne ruszenie na wieść o ataku Niemca było zawsze ogromne. Wszyscy zakładali cięciwy na łuczyska i imali się toporów. Drużyna
książęca była zdolna poruszać się nie obciążona taborem, ponieważ był zaopatrywana w żywność nie tylko na naszych terenach, ale nawet na
połabskich, czy należących do marchii (!), od zamieszkałej tam słowiańskiej ludności. I co najbardziej zabawne, operując na saskich
ziemiach książę Bolesław nie musiał się obawiać ich pospolitego ruszenia …
Armia cesarska mogła operować w przedziale 2-3 miesięcy, później zaczynał się koszmar. Powodem tego był brak żywności. To paradoks, ale
w kraju o tak urodzajnej ziemi jak Polska, gdzie lasy są pełne zwierzyny a rzeki ryb, najeźdźcy po jakimś czasie zaczynali głodować.
Ludność ukrywała żywność a zasiewy często niszczyła. Próba polowania, zazwyczaj mało skuteczna przy takiej ilości gęb do wyżywienia,
mogła do tego szybko zmienić myśliwego w zwierzynę. Jedynym wyjściem było wleczenie ze sobą ogromnego taboru z zapasami, który oczywiście
był nieustannie nękany.
To właśnie watahy prostych wojowników, lekko uzbrojonych i potrafiących walczyć z zasadzki, były najgorszą zmorą cesarskiej armii, oraz
przyczyną ogromnych strat w ludziach. To dlatego właśnie cesarz zawsze starał się nająć Wieletów, obeznanych z tym rodzajem walki.
Dochodził do tego świetny wywiad, jakim Polacy dysponowali, i tu ponownie kłania się zaangażowanie zwykłych ludzi, którzy udzielali
wszelkich informacji. Natomiast cesarz ruszał praktycznie na ślepo. Jeśli zdobył jakiś przewodników, to zawsze istniało niebezpieczeństwo,
że ci wprowadzą jego wojska w zasadzkę (co się zresztą zdarzało).
Jeszcze jeden, ale niezwykle ważny element – Chrobry mógł bez żadnych przeszkód, czasem nad wyraz bezczelnie, po prostu przekupywać
germańskich feudałów (co doskonale było widoczne podczas obrony Niemczy, gdy książę przysyłał pod niemieckim nosem wojów i zaopatrzenie
do grodu). Natomiast cesarz nie miał komu wręczyć łapówki! Pospolite ruszenie, nienawidzące agresorów do szpiku kości, do tego zawsze
funkcjonujące w samowystarczalnej gospodarce, było poza zasięgiem. Drużnicy, jakkolwiek składali się w 1/3 z normańskich najemników, w
części też zapewne z nomadów, byli całkowicie na książęcym żołdzie, w odróżnieniu od germańskich feudałów, dla których troska o własne
dochody była zawsze nadrzędna, a w zasadzie wymuszona feudalizmem. Duchowieństwo na naszym terenie, mimo iż w przyszłości będzie brać z
obcych szkatuł pełnymi garściami, obecnie było jeszcze zbyt słabe i za mało znaczące, zajęte jedynie umacnianiem swej władzy oraz
wprowadzaniem dziesięciny.
Owe najazdy Henryka II skończyły się dla niego niemalże katastrofą, ogromnymi stratami w ludziach i spadkiem jego prestiżu na arenie
międzynarodowej. Tak wielki sukces Polaków był możliwy jedynie dzięki współdziałaniu, od kmiecia do księcia.
A teraz przenieśmy się w czasy „krucjaty” na Polskę w 1156 roku, prowadzonej przez Fryderyka Rudobrodego. Polska już trochę się zmieniła
– chrześcijaństwo, które za Chrobrego w wielu miejscach naszego kraju było jeszcze nieznane, teraz już zaczyna święcić triumfy.
Co prawda ludność trudno jeszcze nazwać chrześcijańską, lecz warstwa feudalna, przynajmniej teoretycznie (wymóg legitymizacji władzy),
jest już chrześcijańska. I co się dzieje? Jak za dawnemu watahy chłopskich wojowników walczą po lasach i nękają obce wojska, jednak ich
liczba (a zatem uciążliwość) jest znacznie mniejsza niż dawniej. Można by rzec, że większe straty od partyzantki zadała cesarskiej armii
ostra i niespodziewana zima.
Polska znajduje się wówczas w stanie rozbicia. Bolesław Kędzierzawy próbuje doprowadzić do zjazdu wszystkich władców dzielnicowych,
ale spotyka się to zwyczajnie z bojkotem. Książęta uważają, że osłabienie princepsa wyjdzie im na dobre. Mało tego, wszyscy drobni
feudałowie składają lenne hołdy Rudobrodemu i nawet zobowiązują się do zwalczania chłopskiej partyzantki …
Wojna z Rudobrodym, jakże różna od dawnego konfliktu z Henrykiem II, była hańbą dla Polski. Co się zmieniło? Teoretycznie rzecz biorąc,
mimo iż od wojny z Henrykiem II (wtedy już został świętym) minęło sporo czasu, to jednak ta taktyka walki była czymś naturalnym.
Polskę stać było na odparcie najazdu Rudobrodego, wymagało to jedynie współdziałania wszystkich. Jednak w feudalizmie chrześcijańskim
dobro kraju zostaje zastąpione dobrem boga. Niewielu chłopów chce ryzykować życie wiedząc, że i tak przyjdzie im płacić złodziejskie
dziesięciny. A książęta i feudałowie dbali zaś tylko o siebie.
źródła: Andrzej Michałek „Słowianie zachodni. Monarchie wczesnofeudalne” – autor dość ciekawie opisuje wydarzenia (doskonałe z wojskowego punktu
widzenia).
bogów, jest pewna różnica, która była dość specyficzna, a która dawało się zauważyć w każdym pogańskim kraju, w którym zaprowadzono
chrześcijaństwo.
W chrześcijaństwie zanikał patriotyzm. Już w starożytnym Rzymie mieszkańcy przestawali być dumni z tego, że są Rzymianami. Gdy Goci w
410 i Wandalowie w 455 roku maszerowali ulicami Rzymu, gdy go plądrowali, nikt nie stanął im na drodze. Nie jest zatem niczym zaskakującym,
że obroną chrześcijańskiego Rzymu zajmowali się … pogańscy barbarzyńcy. To samo będzie w Bizancjum, które niejako było „spadkobiercą”
dawnego Rzymu. Tam również będą się opierać na najemnej armii obcokrajowców, bo chrześcijańscy Grecy nie będą nawet chcieli słyszeć o
walce w obronie kraju.
Już ksiądz Salwianus z Marsylii (400-480) wystąpił z tezą, że cnoty społeczne, które podupadły wśród cywilizowanych (chrześcijańskich)
Rzymian, odnaleźć można w czystszej postaci tylko u pogańskich najeźdźców!
Zawsze gdy jakiś kraj stawał się chrześcijański, to po jakimś czasie ludzie tracili ochotę do jego obrony. Czasem było to błyskawiczne,
czasem trwało to dłużej (jeśli chrystianizacja była powolna), jednak ten scenariusz zawsze się powtarzał. O ile pogańskie Połabie stawało
całe w obronie swojej wolności, to w krajach chrześcijańskich, na skutek sztuczek prawnych, na wojny wyruszało standardowo 30% feudałów
do tego zobligowanych, a prosta ludność unikała służby jak tylko mogła (stąd owe prawa azylu, zamiana przestępcom kar na służbę w
oddziałach biskupich, o popularności najemników nie mówiąc). Co prawda podczas krucjaty połabskiej zgłosiło się około 70 % feudałów
(więcej niż na krucjaty do Ziemi Świętej!), ale był to głównie efekt wybujałej nienawiści do Słowian i religijnego fanatyzmu. Dlatego
właśnie wielu feudalnym wojnom usilnie starano się przypiąć sztandar „krucjaty” – można było wówczas liczyć na znaczne powiększenie
szeregów.
Poganie byli zazwyczaj dość kiepskimi wyznawcami, w odróżnieniu od chrześcijan, dla których wiara stanowiła, a raczej powinna stanowić
sens życia, jego największą wartość. To zresztą nic dziwnego, ci pierwsi mieli do wyboru wielu bogów, bogiń i gdy któryś im nie pasował,
to zawsze mogli go sobie „podmienić” – Thora na Baldura, Izydę na Atenę, Peruna na Swarożyca lub Żmija. Do tego pogańscy bogowie nie byli
(przynajmniej w większości) wszechmocni. Natomiast w chrześcijańskim monoteizmie Bóg jest jedyny i doskonale dobry (nawet gdy wyczynia
odrażające rzeczy), nie ma więc od niego ucieczki.
Podczas gdy poganie kultywowali wierność rodzinie (rodowi, klanowi), dalej plemieniu, czy związkowi plemion (później zaś doszło państwo,
księstwo czy orda), w chrześcijaństwie dążono do tego, by wierność bogu zawsze znajdowała się na pierwszym miejscu, by zastępowała nawet
więzy krwi. To nie przypadek, że za założyciela wszystkich trzech wielkich religii monoteistycznych uważa się Abrahama, czyli kogoś, kto
był zdecydowany zarżnąć własnego syna na znak poddaństwa bogu.
Oczywiście różnego typu „pogańskie teokracje”, o gorliwych wyznawcach (religijnych fanatykach z prawdziwego zdarzenia), gdzie np.
składano w ofierze ludzi, także się zdarzały, czego doskonałym przykładem są Aztekowie. Jednak, co nadzwyczaj ciekawe, związane było
to zawsze z „błyskotliwym” odkryciem, że bogom zawdzięczają dosłownie WSZYSTKO i nieodłącznym uznaniem się za „naród wybrany”) Tych
wybranych narodów jest/była cała masa, a wybierali Jahwe, Allah, Quetzalcoatl, Odyn, itd.
Doskonałym przykładem owego przejścia z patriotyzmu pogańskiego na chrześcijański jest Polska. Najpierw rozpatrzmy wojny, jakie prowadził
w latach 1004 do 1018 Henryk II z Bolesławem Chrobrym. Cesarz, którego głównym celem stało się rzucenie Polski na kolana, na swoje wyprawy
ściągał ogromne kontyngenty wojsk (nawet z Italii), wymuszał udział w nich na Czechach, a nawet najmował Wieletów (co go sporo kosztowało).
Mimo ogromu jego sił, które mogły liczyć mocno ponad 30 tys. wojska, oraz doskonałego uzbrojenia, Henryk II był przegrany, jak
tylko podjął decyzję o wojnie. To się może wydawać dziwne, ale Polska pod rządami Mieszka I i początkowo Bolesława Chrobrego nie była
krajem feudalnego chrześcijaństwa. Znajdowała się jeszcze w okresie przejściowym. Było to państwo o niewielkiej i scentralizowanej
administracji, wojsku (drużnikach) całkowicie na książęcym żołdzie, czyli było pozbawione owej zmory chrześcijaństwa – feudałów
przedkładających własne interesy nad dobro kraju i duchowieństwa wyciskającego z poddanych siódme poty. Oczywiście ludność zaczynała
już pomału odczuwać koszty chrystianizacji, ale w obliczu groźnego wroga znikały nawet takie animozje.
Książę mógł błyskawicznie ruszyć do walki na czele swojej drużyny, a nawet przeprowadzić uderzenie wyprzedzające na terenie nieprzyjaciela.
Powszechne ruszenie na wieść o ataku Niemca było zawsze ogromne. Wszyscy zakładali cięciwy na łuczyska i imali się toporów. Drużyna
książęca była zdolna poruszać się nie obciążona taborem, ponieważ był zaopatrywana w żywność nie tylko na naszych terenach, ale nawet na
połabskich, czy należących do marchii (!), od zamieszkałej tam słowiańskiej ludności. I co najbardziej zabawne, operując na saskich
ziemiach książę Bolesław nie musiał się obawiać ich pospolitego ruszenia …
Armia cesarska mogła operować w przedziale 2-3 miesięcy, później zaczynał się koszmar. Powodem tego był brak żywności. To paradoks, ale
w kraju o tak urodzajnej ziemi jak Polska, gdzie lasy są pełne zwierzyny a rzeki ryb, najeźdźcy po jakimś czasie zaczynali głodować.
Ludność ukrywała żywność a zasiewy często niszczyła. Próba polowania, zazwyczaj mało skuteczna przy takiej ilości gęb do wyżywienia,
mogła do tego szybko zmienić myśliwego w zwierzynę. Jedynym wyjściem było wleczenie ze sobą ogromnego taboru z zapasami, który oczywiście
był nieustannie nękany.
To właśnie watahy prostych wojowników, lekko uzbrojonych i potrafiących walczyć z zasadzki, były najgorszą zmorą cesarskiej armii, oraz
przyczyną ogromnych strat w ludziach. To dlatego właśnie cesarz zawsze starał się nająć Wieletów, obeznanych z tym rodzajem walki.
Dochodził do tego świetny wywiad, jakim Polacy dysponowali, i tu ponownie kłania się zaangażowanie zwykłych ludzi, którzy udzielali
wszelkich informacji. Natomiast cesarz ruszał praktycznie na ślepo. Jeśli zdobył jakiś przewodników, to zawsze istniało niebezpieczeństwo,
że ci wprowadzą jego wojska w zasadzkę (co się zresztą zdarzało).
Jeszcze jeden, ale niezwykle ważny element – Chrobry mógł bez żadnych przeszkód, czasem nad wyraz bezczelnie, po prostu przekupywać
germańskich feudałów (co doskonale było widoczne podczas obrony Niemczy, gdy książę przysyłał pod niemieckim nosem wojów i zaopatrzenie
do grodu). Natomiast cesarz nie miał komu wręczyć łapówki! Pospolite ruszenie, nienawidzące agresorów do szpiku kości, do tego zawsze
funkcjonujące w samowystarczalnej gospodarce, było poza zasięgiem. Drużnicy, jakkolwiek składali się w 1/3 z normańskich najemników, w
części też zapewne z nomadów, byli całkowicie na książęcym żołdzie, w odróżnieniu od germańskich feudałów, dla których troska o własne
dochody była zawsze nadrzędna, a w zasadzie wymuszona feudalizmem. Duchowieństwo na naszym terenie, mimo iż w przyszłości będzie brać z
obcych szkatuł pełnymi garściami, obecnie było jeszcze zbyt słabe i za mało znaczące, zajęte jedynie umacnianiem swej władzy oraz
wprowadzaniem dziesięciny.
Owe najazdy Henryka II skończyły się dla niego niemalże katastrofą, ogromnymi stratami w ludziach i spadkiem jego prestiżu na arenie
międzynarodowej. Tak wielki sukces Polaków był możliwy jedynie dzięki współdziałaniu, od kmiecia do księcia.
A teraz przenieśmy się w czasy „krucjaty” na Polskę w 1156 roku, prowadzonej przez Fryderyka Rudobrodego. Polska już trochę się zmieniła
– chrześcijaństwo, które za Chrobrego w wielu miejscach naszego kraju było jeszcze nieznane, teraz już zaczyna święcić triumfy.
Co prawda ludność trudno jeszcze nazwać chrześcijańską, lecz warstwa feudalna, przynajmniej teoretycznie (wymóg legitymizacji władzy),
jest już chrześcijańska. I co się dzieje? Jak za dawnemu watahy chłopskich wojowników walczą po lasach i nękają obce wojska, jednak ich
liczba (a zatem uciążliwość) jest znacznie mniejsza niż dawniej. Można by rzec, że większe straty od partyzantki zadała cesarskiej armii
ostra i niespodziewana zima.
Polska znajduje się wówczas w stanie rozbicia. Bolesław Kędzierzawy próbuje doprowadzić do zjazdu wszystkich władców dzielnicowych,
ale spotyka się to zwyczajnie z bojkotem. Książęta uważają, że osłabienie princepsa wyjdzie im na dobre. Mało tego, wszyscy drobni
feudałowie składają lenne hołdy Rudobrodemu i nawet zobowiązują się do zwalczania chłopskiej partyzantki …
Wojna z Rudobrodym, jakże różna od dawnego konfliktu z Henrykiem II, była hańbą dla Polski. Co się zmieniło? Teoretycznie rzecz biorąc,
mimo iż od wojny z Henrykiem II (wtedy już został świętym) minęło sporo czasu, to jednak ta taktyka walki była czymś naturalnym.
Polskę stać było na odparcie najazdu Rudobrodego, wymagało to jedynie współdziałania wszystkich. Jednak w feudalizmie chrześcijańskim
dobro kraju zostaje zastąpione dobrem boga. Niewielu chłopów chce ryzykować życie wiedząc, że i tak przyjdzie im płacić złodziejskie
dziesięciny. A książęta i feudałowie dbali zaś tylko o siebie.
źródła: Andrzej Michałek „Słowianie zachodni. Monarchie wczesnofeudalne” – autor dość ciekawie opisuje wydarzenia (doskonałe z wojskowego punktu
widzenia).
8/25/2011
Helmohold o Sławianach.
"Południowe zaś wybrzeże zamieszkują ludy Słowian; pierwszymi z nich są Rusowie; dalej idą Polanie mający (...) ,od południa Czechów oraz tych, którzy nazywają się Morawami albo Karyntami i Sorabami. Gdyby jeszcze dorzucić do Słowiańszczyzny Węgry , jak tego (niektórzy żądają, ponieważ ani obyczajami, ani językiem od Słowian się nie różnią /dzisiaj wiemy już ,że są oni najbliższym genetycznie Polakom narodem -Przyp.S.M./), obszar języka słowiańskiego do tego stopnia wzrośnie, że zaledwie daje się oszacować. (...) Naród węgierski odznaczał się kiedyś wyjątkową siłą i dzielnością w boju, tak że nawet siał postrach w cesarstwie rzymskim. Albowiem po upadku Hunów i Duńczyków dał się we znaki trzeci najazd Węgrów, którzy pustoszą i niszczą wszystkie sąsiednie kraje. Zgromadziwszy zaś olbrzymie wojska zbrojną ręką zawładnęli Bawarią i Szwabią.Oprócz tego spustoszyli obszary przyległe do Renu, wreszcie ogniem i mieczem zniszczyli Saksonię aż do Morza Brytyjskiego. Ile wysiłku musieli użyć cesarzowie ,ile strat poniosły chrześcijańskie wojska, by ich okiełznać i podporządkować prawom boskim, to wiadomo jest wszystkim [i] o tym głoszą znane powszechnie historie. (...)
Polska stanowi wielką krainę Słowian; graniczy ona, jak mówią, z państwem ruskim. (...) Niegdyś miała Polska króla, obecnie rządzą w niej książęta. (...) Rodzaj broni i sposób wojowania jest taki sam u Polaków i Czechów. Wezwani na wyprawę wojenną Polacy są mężni w bitwie, ale niezwykle okrutni w grabieżach i mordach. Nie oszczędzają ani klasztorów, ani kościołów, ani cmentarzy. Toteż nie inaczej dają się wplątać w wojny prowadzone przez innych, jak pod warunkiem, że dozwoli się im na rabunek mienia pozostającego pod opieką miejsc świętych. Stąd to także się zdarza, że z powodu żądzy łupu odnoszą się do zaprzyjaźnionych z sobą jak do wrogów; z tego to względu w wyjątkowych tylko razach przywołuje się ich na pomoc w wojennej potrzebie."
*********Wpis będzie uzupełniany********
Polska stanowi wielką krainę Słowian; graniczy ona, jak mówią, z państwem ruskim. (...) Niegdyś miała Polska króla, obecnie rządzą w niej książęta. (...) Rodzaj broni i sposób wojowania jest taki sam u Polaków i Czechów. Wezwani na wyprawę wojenną Polacy są mężni w bitwie, ale niezwykle okrutni w grabieżach i mordach. Nie oszczędzają ani klasztorów, ani kościołów, ani cmentarzy. Toteż nie inaczej dają się wplątać w wojny prowadzone przez innych, jak pod warunkiem, że dozwoli się im na rabunek mienia pozostającego pod opieką miejsc świętych. Stąd to także się zdarza, że z powodu żądzy łupu odnoszą się do zaprzyjaźnionych z sobą jak do wrogów; z tego to względu w wyjątkowych tylko razach przywołuje się ich na pomoc w wojennej potrzebie."
*********Wpis będzie uzupełniany********
Państwo Wiślan -Smocza kraina
W „Żywocie św. Metodego” (nazywanym Legendą Panońską), spisanym zaraz po śmierci braciszka, czytamy o „potężnym słowiańskim księciu
siedzącym na Wiśle” (Wiślica, dorzecze Wisły, albo najprawdopodobniej Kraków), który „urągał chrześcijaństwu i wielkie czynił mu szkody”.
Wówczas to Metody wezwał Wielkiego Księcia, by ten zaprzestał niszczycielskich najazdów na terytoria Państwa Wielkomorawskiego, w
przeciwnym razie dostanie się do niewoli i zostanie przymusowo ochrzczony na obcej ziemi. Oczywiście proroctwo spełniło się co do joty
(co nie dziwi, zwłaszcza że prawdopodobnie zostało spisane po owych wydarzeniach) – Państwo Wiślan zostało włączone do Państwa
Wielkomorawskiego przez Świętopełka I Wielkiego a „potężny słowiański książę” został przymusowo ochrzczony.
„Dobrze będzie dla ciebie synu ochrzcić się z własnej woli na swojej ziemi, abyś nie był przymusem ochrzczony na ziemi cudzej, i
będziesz mnie wspominał. I tak też się stało”.
Drugim źródłem o Państwie Wiślan jest sławny „Geograf Bawarski”, sporządzony w Ratyzbonie w IX wieku, w którym wymienia się to państwo
(plemię Vuislane), sugerując jednocześnie, że owe plemię podporządkowało sobie inne z tego regionu.
Król angielski Alfred Wielki, pisząc swój „Opis Germanii” także wspomina o kraju Wiślan, znajdującym się pomiędzy Morawami a Dacją,
co wskazuje na znaczny obszar terytorialny.
Wiślanie z pewnością wyznawali rdzenną religię słowiańską, najprawdopodobniej ze szczególnym naciskiem kultu Żmija
- uskrzydlonego smoka (czasem jako kompilacja węża, byka i ptaka) czasem przedstawianego jako pomocnego
demona, czasem jako bestię siekąca ziemię deszczem i błyskającą piorunami. Albo też siedzącą w korzeniach dębu, Wielkiego Drzewa
(takie słowiańskie Yggdrasil, w jego gałęziach z kolei siedział Perun), lub drzemiącego i pilnującego wejścia do krainy umarłych,
Nawii (znajdującej się w korzeniach Wielkiego Drzewa).
Oczywiście Żmij jest niejako automatycznie traktowany jako symbol chaosu, wcielone zło, antagonista zazwyczaj Peruna (walka tych
dwóch bóstw manifestowała się w pełnych błyskawic burzach), jednak nie zawsze miał negatywne konotacje. Żmij opiekował się zasiewami,
bronił ludzi przed wylewami rzek a nawet przeganiał „zwykłe” prymitywne smoki. Mógł wyglądać jak człowiek, oczywiście ze skrzydłami
albo i ogonem, miewał też dzieci (wyrastały na potężnych wojowników o magicznych zdolnościach) ze Słowiankami.
Od Żmija pochodzi nazwa Żmigród, czyli oczywiście gród Żmija) Z tym kultem związany jest niewątpliwie rytualny zwyczaj rozniecania
świętego ognia, który przetrwał do XIX wieku i przejęty został przez chrześcijaństwo, jako ogień niecony w Wielką Sobotę przed
Zmartwychwstaniem.
To zapewne od kraju Wiślan pochodzi legenda o smoku wawelskim, wtedy też powstały sławne kopce Kraka i Wandy, a na terenie Wiślan
leży Łysa Góra. Szkoda, że tak mało wiemy o „smoczym państwie” Wiślan, ale może to się kiedyś zmieni)
Na terenach dzisiejszej Ukrainy znajdują się tzw. Żmijowe Wały. Są to wały obronne (inna wersja chińskiego muru) o długości około
2 tys. kilkometrów (!), które miały zabezpieczać (najprawdopodobniej) przed najazdami plemion koczowniczych. Według pewnych
legend owe wały wyorał smok Żmij ... Do tego trzeba dodać, że totemami koczowników były często smoki, więc wiara w takiego "supersmoka",
czyli Żmija, nabiera sensu.
źródła:
„Fragmenty dziejów Słowiańszczyzny Zachodniej” Gerard Labuda.
„Kronika Słowian – tom I – Państwo Wielkomorawskie i Kraj Wiślan” Witold Chrzanowski
autor:Ryuuk
siedzącym na Wiśle” (Wiślica, dorzecze Wisły, albo najprawdopodobniej Kraków), który „urągał chrześcijaństwu i wielkie czynił mu szkody”.
Wówczas to Metody wezwał Wielkiego Księcia, by ten zaprzestał niszczycielskich najazdów na terytoria Państwa Wielkomorawskiego, w
przeciwnym razie dostanie się do niewoli i zostanie przymusowo ochrzczony na obcej ziemi. Oczywiście proroctwo spełniło się co do joty
(co nie dziwi, zwłaszcza że prawdopodobnie zostało spisane po owych wydarzeniach) – Państwo Wiślan zostało włączone do Państwa
Wielkomorawskiego przez Świętopełka I Wielkiego a „potężny słowiański książę” został przymusowo ochrzczony.
„Dobrze będzie dla ciebie synu ochrzcić się z własnej woli na swojej ziemi, abyś nie był przymusem ochrzczony na ziemi cudzej, i
będziesz mnie wspominał. I tak też się stało”.
Drugim źródłem o Państwie Wiślan jest sławny „Geograf Bawarski”, sporządzony w Ratyzbonie w IX wieku, w którym wymienia się to państwo
(plemię Vuislane), sugerując jednocześnie, że owe plemię podporządkowało sobie inne z tego regionu.
Król angielski Alfred Wielki, pisząc swój „Opis Germanii” także wspomina o kraju Wiślan, znajdującym się pomiędzy Morawami a Dacją,
co wskazuje na znaczny obszar terytorialny.
Wiślanie z pewnością wyznawali rdzenną religię słowiańską, najprawdopodobniej ze szczególnym naciskiem kultu Żmija
- uskrzydlonego smoka (czasem jako kompilacja węża, byka i ptaka) czasem przedstawianego jako pomocnego
demona, czasem jako bestię siekąca ziemię deszczem i błyskającą piorunami. Albo też siedzącą w korzeniach dębu, Wielkiego Drzewa
(takie słowiańskie Yggdrasil, w jego gałęziach z kolei siedział Perun), lub drzemiącego i pilnującego wejścia do krainy umarłych,
Nawii (znajdującej się w korzeniach Wielkiego Drzewa).
Oczywiście Żmij jest niejako automatycznie traktowany jako symbol chaosu, wcielone zło, antagonista zazwyczaj Peruna (walka tych
dwóch bóstw manifestowała się w pełnych błyskawic burzach), jednak nie zawsze miał negatywne konotacje. Żmij opiekował się zasiewami,
bronił ludzi przed wylewami rzek a nawet przeganiał „zwykłe” prymitywne smoki. Mógł wyglądać jak człowiek, oczywiście ze skrzydłami
albo i ogonem, miewał też dzieci (wyrastały na potężnych wojowników o magicznych zdolnościach) ze Słowiankami.
Od Żmija pochodzi nazwa Żmigród, czyli oczywiście gród Żmija) Z tym kultem związany jest niewątpliwie rytualny zwyczaj rozniecania
świętego ognia, który przetrwał do XIX wieku i przejęty został przez chrześcijaństwo, jako ogień niecony w Wielką Sobotę przed
Zmartwychwstaniem.
To zapewne od kraju Wiślan pochodzi legenda o smoku wawelskim, wtedy też powstały sławne kopce Kraka i Wandy, a na terenie Wiślan
leży Łysa Góra. Szkoda, że tak mało wiemy o „smoczym państwie” Wiślan, ale może to się kiedyś zmieni)
Na terenach dzisiejszej Ukrainy znajdują się tzw. Żmijowe Wały. Są to wały obronne (inna wersja chińskiego muru) o długości około
2 tys. kilkometrów (!), które miały zabezpieczać (najprawdopodobniej) przed najazdami plemion koczowniczych. Według pewnych
legend owe wały wyorał smok Żmij ... Do tego trzeba dodać, że totemami koczowników były często smoki, więc wiara w takiego "supersmoka",
czyli Żmija, nabiera sensu.
źródła:
„Fragmenty dziejów Słowiańszczyzny Zachodniej” Gerard Labuda.
„Kronika Słowian – tom I – Państwo Wielkomorawskie i Kraj Wiślan” Witold Chrzanowski
autor:Ryuuk
8/24/2011
Imiona Sławiańskie.
Imiona nadawano mężczyznom podczas postrzyżyn tzn. rytualnego ścinania włosów kiedy chłopiec przechodził z okresu dziecięcego i opieki Matki pod rękę Ojca i stawał się mężczyzną. Do tego czasu dziecko nosiło imiona które miały świadczyć o jego słabości wobec mrocznych mocy ,by ich nie prowokować. Były to imiona typu Niemoj ,Niemysł czy Nielub. Sławianin mężczyzną stawał się w wieku 7-10 lat. Imiona nadawane mu jako mężczyźnie miały być wróżbą i pomocą dla jego wrodzonych cnót ,dlatego wiele z nich odnosi się do walki, destrukcji ,gniewu ,czy zemsty.
Co charakterystyczne imiona Sławiańskie były w zasadzie dwuczłonowe i razem nabierały znaczenia.
Co może niektórzy z was zauważyli (ja sam któregoś dnia zaraz po przebudzeniu) ,iż imiona Sławomir i Mirosław to tak naprawdę jedno imię ,jednak zapewne z powodu jego popularności powstały te dwie odmiany.
Imiona Sławiańskie zostały zakazane przez jednego z największych wrogów naszego narodu ,przez otyłych wyznawców żydowskiej sekty ,którzy znaleźli w religii sposób na podporządkowanie sobie prawne wolnych ludzi. Zakazano ich na soborze trydenckim ,a powróciły do użycia dopiero w XIX wieku kiedy zaczęły się rodzić nurty narodowe.
Ponieważ nie ma sensu roztkliwiać się nad wszystkimi możliwymi wariantami wybiorę kilka co ciekawszych:
Kazimir -oznacza "niszczący pokój" lub "niszczący dobro".
Mścisław- oznacza tego który "wsławi się zemstą" (oj był taki jeden!)
Mścigniew- ciężko to jednoznacznie rozgryźć ,ale może być rozumiane jako "mszczący zniewagi".
Wojnar -jedno z ciekawych imion Sławiańskich ,które wyłamywały się z tej tradycji.
Dragan -wbrew pozorom nie pochodzi od smoka ,ale od wartości ,cennego.
Domarad -można tłumaczyć jako "cieszący się Ojczyzną".
Wiesław- skrócona wersja Welisława ,co oznacza "wielce sławnego".
Mroczysław- zwiastuje okrycie się "mroczną sławą".
Mścibor- oznacza "mszczący się w boju" ,czy "walczący z zemsty".
Borzymir- Nie ma nic wspólnego z żadnym bogiem. Oznacza "walczącego w spokoju".
Bogusław- semantyka imienia została zmieniona przez kościół ,ale w oryginale oznaczało tego kto "sławi los" ,albo tego komu przypadnie "dola sławnego".
Jarosław -czyli "sławny z siły"
Jarobor- oznacza ,jak się już pewnie domyślacie kandydata na "wilkołaka".
Bratomir- "zapewniający spokój bliskim".
Ponieważ jest to bardzo wąski wybór imion (chociaż klimat ma większość kombinacji ten sam) zamieszczam krótkie objaśnienie znaczenia niektórych członów:
bor "walka" np Dalibor,
ciech "uciecha, radość" np Wojciech,
gniew np Zbigniew,
mir "pokój, spokój, dobro"np Mirogod,
sław "sława" npGościsław,
dom "dom,Ojczyzna" np Domarad,
goj "lek, obfitość, pokój" np Częstogoj,
woj "wojownik" np Częstowoj,
(w)uj "wuj" np Gościwuj,
żyr "pokarm, życie" np Domażyr,
rat "wojna, walka" np. Ratsław,
mysł "myśleć" np Drogomysł.
Zdarzały się też ,choć rzadko, imiona odwołujące się do groźnych zwierząt jak Wilk ,czy Dzik.W późniejszym okresie mogły te nazwy być adaptowane do "kanonu" i tak powstał Wilkomir (który pojawia się jednak w tylko jednym źródle).
Nigdy za to nie stosowano imion odwołujących się do boga/ów ,ani oręża. Imię Mieczysław jest wynikiem próby wyjaśnienia przez Jana Długosza pochodzenia imienia Mieszko ,które brzmii jak zdrobnienie pełnego imienia Tak jak Zbigniew to Zbyszko ,a Bratomir to Bratko.
Moc imion Sławiańskich dawała o sobie znać w historii naszego ludu nieustannie. Jednym z wartych wyróżnienia faktem jest to iż niezwykle krwawym powstaniem przeciwko kościołowi za wydziedziczanie i zniewalanie Połabian ,a następnie sprzedawanie ich do Rzeszy ,w roku 983 przewodził Mściwoj ,a po nim jego syn Mścisław. Powstanie skończyło się wyrżnięciem wszystkich duchownych na Połabiu i spaleniu wszystkich kościołów do gołej ziemi. Interesy kościoła były zawsze ściśle związane z interesami niemiec i chrystianizacja nawet z innych niż niemieckie rąk, była jedną z metod utrwalania niemieckich dążeń do hegemonii. Ale to już temat na oddzielny wpis.
autor:S.M.
Co charakterystyczne imiona Sławiańskie były w zasadzie dwuczłonowe i razem nabierały znaczenia.
Co może niektórzy z was zauważyli (ja sam któregoś dnia zaraz po przebudzeniu) ,iż imiona Sławomir i Mirosław to tak naprawdę jedno imię ,jednak zapewne z powodu jego popularności powstały te dwie odmiany.
Imiona Sławiańskie zostały zakazane przez jednego z największych wrogów naszego narodu ,przez otyłych wyznawców żydowskiej sekty ,którzy znaleźli w religii sposób na podporządkowanie sobie prawne wolnych ludzi. Zakazano ich na soborze trydenckim ,a powróciły do użycia dopiero w XIX wieku kiedy zaczęły się rodzić nurty narodowe.
Ponieważ nie ma sensu roztkliwiać się nad wszystkimi możliwymi wariantami wybiorę kilka co ciekawszych:
Kazimir -oznacza "niszczący pokój" lub "niszczący dobro".
Mścisław- oznacza tego który "wsławi się zemstą" (oj był taki jeden!)
Mścigniew- ciężko to jednoznacznie rozgryźć ,ale może być rozumiane jako "mszczący zniewagi".
Wojnar -jedno z ciekawych imion Sławiańskich ,które wyłamywały się z tej tradycji.
Dragan -wbrew pozorom nie pochodzi od smoka ,ale od wartości ,cennego.
Domarad -można tłumaczyć jako "cieszący się Ojczyzną".
Wiesław- skrócona wersja Welisława ,co oznacza "wielce sławnego".
Mroczysław- zwiastuje okrycie się "mroczną sławą".
Mścibor- oznacza "mszczący się w boju" ,czy "walczący z zemsty".
Borzymir- Nie ma nic wspólnego z żadnym bogiem. Oznacza "walczącego w spokoju".
Bogusław- semantyka imienia została zmieniona przez kościół ,ale w oryginale oznaczało tego kto "sławi los" ,albo tego komu przypadnie "dola sławnego".
Jarosław -czyli "sławny z siły"
Jarobor- oznacza ,jak się już pewnie domyślacie kandydata na "wilkołaka".
Bratomir- "zapewniający spokój bliskim".
Ponieważ jest to bardzo wąski wybór imion (chociaż klimat ma większość kombinacji ten sam) zamieszczam krótkie objaśnienie znaczenia niektórych członów:
bor "walka" np Dalibor,
ciech "uciecha, radość" np Wojciech,
gniew np Zbigniew,
mir "pokój, spokój, dobro"np Mirogod,
sław "sława" npGościsław,
dom "dom,Ojczyzna" np Domarad,
goj "lek, obfitość, pokój" np Częstogoj,
woj "wojownik" np Częstowoj,
(w)uj "wuj" np Gościwuj,
żyr "pokarm, życie" np Domażyr,
rat "wojna, walka" np. Ratsław,
mysł "myśleć" np Drogomysł.
Zdarzały się też ,choć rzadko, imiona odwołujące się do groźnych zwierząt jak Wilk ,czy Dzik.W późniejszym okresie mogły te nazwy być adaptowane do "kanonu" i tak powstał Wilkomir (który pojawia się jednak w tylko jednym źródle).
Nigdy za to nie stosowano imion odwołujących się do boga/ów ,ani oręża. Imię Mieczysław jest wynikiem próby wyjaśnienia przez Jana Długosza pochodzenia imienia Mieszko ,które brzmii jak zdrobnienie pełnego imienia Tak jak Zbigniew to Zbyszko ,a Bratomir to Bratko.
Moc imion Sławiańskich dawała o sobie znać w historii naszego ludu nieustannie. Jednym z wartych wyróżnienia faktem jest to iż niezwykle krwawym powstaniem przeciwko kościołowi za wydziedziczanie i zniewalanie Połabian ,a następnie sprzedawanie ich do Rzeszy ,w roku 983 przewodził Mściwoj ,a po nim jego syn Mścisław. Powstanie skończyło się wyrżnięciem wszystkich duchownych na Połabiu i spaleniu wszystkich kościołów do gołej ziemi. Interesy kościoła były zawsze ściśle związane z interesami niemiec i chrystianizacja nawet z innych niż niemieckie rąk, była jedną z metod utrwalania niemieckich dążeń do hegemonii. Ale to już temat na oddzielny wpis.
autor:S.M.
Muzyka Słowian. cz.1.
Zacznę od utworu który nie tyle w tekście stricte co w klimacie kojarzy mi się z Ranami ,naszymi posępnymi ,szalonymi korsarzami/wilkołakami w czerni:
Utwór Goj, Rodie, Goj!, opowiada o grupie żeglarzy, którzy rozbili się na mieliźnie podczas sztormu. Mając nadzieję na przeżycie, przemarznięci i ranni, schronili się na niewielkiej, skalistej wysepce. Gdy zorientowali się, że nie przetrwają do kolejnego poranka, zaczęli modlić się do Strzyboga, by wieść o ich śmierci dotarła do rodzin i najbliższych. Dziękowali także Rodowi za dane im życie.
Wiele z utworów wykonywanych współcześnie nie jest jedynie autorskimi wytworami ,ale jest wzorowanych na autentycznych tradycyjnych melodiach ,czy nawet zachowanych tekstach. Przykładem na taki utwór ,nieco lingwistycznie unowocześniony jest "Przyszła z Polski nowina" ,występujący też pod tytułem "Pani Pana zabiła":
To również autentyczna piosenka tym razem jedna z licznych w średniowieczu pieśni o królach.
Sporo tradycyjnych piosenek zachowało się na Ukrainie ,oto kilka z nich:
Tą melodię zna chyba każdy ,a i niejeden przy niej pił:
To nie wiem ,szczerze jaki to język ,ale na pewno jest to autentyczna piosenka Słowiańska:
No i jeszcze kilka Słowiańskich utworów współczesnych:
(na zdjęciach nasza Polska "Drużyna Trzygłowa" z Wolina ,która grała w teledysku Amon Amarth)
Poniżej trochę współczesnej muzyki Słowiańskiej (nie przebierałem jakoś szczególnie więc możliwe ,że nie są to najlepsze utwory tych zespołów):
Utwór Goj, Rodie, Goj!, opowiada o grupie żeglarzy, którzy rozbili się na mieliźnie podczas sztormu. Mając nadzieję na przeżycie, przemarznięci i ranni, schronili się na niewielkiej, skalistej wysepce. Gdy zorientowali się, że nie przetrwają do kolejnego poranka, zaczęli modlić się do Strzyboga, by wieść o ich śmierci dotarła do rodzin i najbliższych. Dziękowali także Rodowi za dane im życie.
Wiele z utworów wykonywanych współcześnie nie jest jedynie autorskimi wytworami ,ale jest wzorowanych na autentycznych tradycyjnych melodiach ,czy nawet zachowanych tekstach. Przykładem na taki utwór ,nieco lingwistycznie unowocześniony jest "Przyszła z Polski nowina" ,występujący też pod tytułem "Pani Pana zabiła":
To również autentyczna piosenka tym razem jedna z licznych w średniowieczu pieśni o królach.
Sporo tradycyjnych piosenek zachowało się na Ukrainie ,oto kilka z nich:
Tą melodię zna chyba każdy ,a i niejeden przy niej pił:
To nie wiem ,szczerze jaki to język ,ale na pewno jest to autentyczna piosenka Słowiańska:
No i jeszcze kilka Słowiańskich utworów współczesnych:
(na zdjęciach nasza Polska "Drużyna Trzygłowa" z Wolina ,która grała w teledysku Amon Amarth)
Poniżej trochę współczesnej muzyki Słowiańskiej (nie przebierałem jakoś szczególnie więc możliwe ,że nie są to najlepsze utwory tych zespołów):
Król morza Racibor I.
W 1136 roku na Bałtyku doszło do niezwykłego zdarzenia – pod dowództwem księcia pomorskiego Racibora I (lennika Bolesława Krzywoustego)
ruszyła na Konungahelę wyprawa Słowian w sile około 650 okrętów, czyli ponad 30 tys ludzi, w tym około tysiąca jezdnych! Celem jej było
wyeliminowanie zagrożenia, jakie niosła ze sobą współpraca króla duńskiego Eryka II i margrabiego Albrechta Niedźwiedzia. /którzy mieli zamiar razem zwalczyć piractwo Ranów którzy byli gorsi od wikingów ,a w pewnym momencie sparaliżowali całkowicie handel morski na Bałtyku i okolicach -Przyp.S.M./
Nigdy dotąd potężni Skandynawowie nie dostali takiego łupnia, i to na własnych warunkach. Owszem, potykali się ze wszystkimi i
między sobą, walczyli z Pomorcami, znali i bali się czarnych żagli Rugiów /jedna z kilku nazw Ranów-Przyp.S.M./, ich wilczego wycia i bitewnego szału, lecz nigdy tak
naprawdę nie zaznali obcej inwazji …
Przygotowania do wyprawy rozpoczęły się tuż przed zjazdem w Merseburgu, na którym Bolesław Krzywousty złożył hołd cesarzowi Lotarowi,
jednak nie ulega żadnym wątpliwościom, że polski władca był w wyprawę finansowo zaangażowany (to z jego głównie pieniędzy wybudowano
tak potężną flotę). Zatrudniono też najemników, nawet z Nowogrodu Wielkiego, prawdopodobnie też z terenów połabskich.
Przygotowania okazały się zbawienne, ponieważ król Eryk, głównie z inspiracji metropolity biskupa Asgera (fanatycznego chrześcijanina,
który nienawidził wszystkich pogan i nawet sypnął złotem z kościelnego skarbca!), ruszył na wyprawę przeciwko Rugii (1135). Racibor,
do którego szybko dołączyły siły Rugiów, postanowił rozbić duńską flotę jeszcze na ich wodach.
Jednak bitwa do jakiej doszło pokazała jedynie nieudolność duńskiego władcy i brak poparcia dla niego ze strony wojska. Najprościej
rzecz mówiąc spora część floty duńskiej na widok Slowian rzuciła się do ucieczki. Król Eryk zaś skwapliwie do nich dołączył. Ci, którzy
zostali i zdecydowali się na walkę, zostali szybko otoczeni. Wówczas Racibor wykazał się znakomitym instynktem politycznym – zamiast
zmasakrować puścił ich wolno, a nawet zagroził wojowniczym Rugiom (którzy ochoczo wyrzynali duńskie załogi) atakiem, jeśli ci nie
zaprzestaną walki. Racibor doskonale wiedział, że słaba pozycja Eryka jeszcze osłabnie z uwagi na jego nieudolność i tchórzostwo na
polu walki. Trzeba tylko umozliwić, by porzuceni przez króla wojownicy pojawili na wiecu, do którego z pewnością dojdzie.
Jednak na tym nie poprzestał. Jego flota uderzyła na Roskilde, traktowane przez Eryka jako stolicę. Miasto i port poddały się bez
walki zaś „zamek Haralda”, cytadelę broniącą port, wzięto szturmem. Po splądrowaniu i podpaleniu miasta Słowianie wrócili do swych
siedzib, kontynuować przygotowania.
W 1136 roku gotowa wyprawa składała się prawdopodobnie z 650 okrętów (sześć i pół sieciny statków – jeśli wierzyć Snorre Sturlasonowi).
Jednak nie wszystkie były sławnymi jednostkami z końmi. Około dwustu było typowymi okrętami bojowymi, reszta zaś owymi sławnymi
trasportowcami (przewozącymi po 44 ludzi i dwa konie – miało to rozwiązać problemy aprowizacyjne i zapewnić elastycznośc działania).
Flota ruszyła w dwóch falach na Konungahelę, największy ośrodek na Półwyspie Skandynawskim z ogromnym portem i potężnym zamkiem. Mimo
ogromnej akcji propagandowej biskupa Asgera, który ogłaszał w Europie wyprawę krzyżową przeciwko poganom (!), poza siłami z etnosu
skandynawskiego, nie pojawiło się zbyt wielu "krzyżowców". W fiordzie Götalev wyminięto wbite w dno pale obronne (tu kłania się kunszt
marynarzy) i podpłynięto bliżej wybrzeża. Konungahela była położona w głębi lądu (kilkanaście kilometrów!), a prowadziły do niej dwie
odnogi rzeki Göty. Już podczas ich przepływania doszlo do zażartej walki z kilkoma statkami handlowymi, wspieranymi przez mieszczan.
Walka była ciężka, ponieważ na wąskich odnogach flota nie mogła rozwinąć swych sił, jednak skończyła się zwycięsko.
Słowianie dotarli do miasta i rozpoczęli szturm. Udało się je zdobyć dzięki doskonałemu manewrowi – Racibor rozkazał wysadzić na ląd
konnicę, która okrążyła miasto i zaatakowała je od tyłu. Nie tylko zaskoczono w ten sposób obrońców, ale też przegnano duży oddział
Norwegów śpieszących na pomoc.
Później przystąpiono do oblężenia potężnego zamku-cytadeli. Racibor zastosował w nim całą masę machin oblężniczych, po które kilkukrotnie
posyłał swoje statki. Jest bardzo mało prawdopodobne, że zamek został wzięty w kilka dni. Oblężenie mogło trwać znacznie dłużej,
gdyż wracając Racibor miał problemy z lodem, który zatarasował cieśninę Sund (a zwykle działo się to na przelomie listopada i grudnia).
Poza tym, zamek zdobyto dzięki wybudowaniu ogromnych linii fortyfikacyjnych blokadowych, które odcięły obrońców od pomocy z zewnątrz,
a to musiało trwać.
Z każdego punktu widzenia (wojskowego, technicznego i politycznego) wyprawa na Konungahelę była majstersztykiem. Raciborowi udało się
zdyskredytować króla Eryka, który dążył do zjednoczenia całego etnosu skandynawskiego (Norwedzy i Szwedzi zawarli pokój, który był
tak naprawdę wypowiedzeniem przysięgi lennej Erykowi), a Konungahela nie wróciła już do swej świetności.
Jednak były też cienie tej wyprawy: chodzi głownie o Rugiów, którzy łatwo wpadali w bojowy szał i książę Racibor miał kilka razy
problemy, by przywołać ich do porządku. Musiał się nawet posuwać do działań zbrojnych przeciwko tym szaleńcom, którzy wyli jak wilki
i mordowali kogo popadnie. To z ich powodu (zwłaszcza że stracili oni wiele statków) miasto zostało mocno złupione i spalone. Trzeba
pamiętać, że Racibor chciał uchodzić za chrześcijanina, natomiast Rugiowie byli pogańscy. Książę zwyczajnie bał się, że odium pogaństwa
spadnie też na niego, dlatego odkupywał różne relikwie, zagrabione przez Rugiów, po czym zwracał je Skandynawom (nawet ocalił osobiście
pewnego księdza)
Te arcydzieło wojskowe Racibora, „króla morskiego”, bardzo rozsławi jego imię ale też z pewnością wpłynie na przyszłe wydarzenia –
chodzi o kwestię ataku Szczecina przez krzyżowców w 1147 roku.
źródła:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_o_Konungahel%C4%99
Polecam też książkę Zofii Kossak-Szczuckiej „Troja północy”, fragment:
http://bialczynski.wordpress.com/krolestwo-sis-i-jego-cuda/sztuka-krolestwa-sis/zofia-kossak-szczucka-troja-polnocy/
autor:Ryuuk
ruszyła na Konungahelę wyprawa Słowian w sile około 650 okrętów, czyli ponad 30 tys ludzi, w tym około tysiąca jezdnych! Celem jej było
wyeliminowanie zagrożenia, jakie niosła ze sobą współpraca króla duńskiego Eryka II i margrabiego Albrechta Niedźwiedzia. /którzy mieli zamiar razem zwalczyć piractwo Ranów którzy byli gorsi od wikingów ,a w pewnym momencie sparaliżowali całkowicie handel morski na Bałtyku i okolicach -Przyp.S.M./
Nigdy dotąd potężni Skandynawowie nie dostali takiego łupnia, i to na własnych warunkach. Owszem, potykali się ze wszystkimi i
między sobą, walczyli z Pomorcami, znali i bali się czarnych żagli Rugiów /jedna z kilku nazw Ranów-Przyp.S.M./, ich wilczego wycia i bitewnego szału, lecz nigdy tak
naprawdę nie zaznali obcej inwazji …
Przygotowania do wyprawy rozpoczęły się tuż przed zjazdem w Merseburgu, na którym Bolesław Krzywousty złożył hołd cesarzowi Lotarowi,
jednak nie ulega żadnym wątpliwościom, że polski władca był w wyprawę finansowo zaangażowany (to z jego głównie pieniędzy wybudowano
tak potężną flotę). Zatrudniono też najemników, nawet z Nowogrodu Wielkiego, prawdopodobnie też z terenów połabskich.
Przygotowania okazały się zbawienne, ponieważ król Eryk, głównie z inspiracji metropolity biskupa Asgera (fanatycznego chrześcijanina,
który nienawidził wszystkich pogan i nawet sypnął złotem z kościelnego skarbca!), ruszył na wyprawę przeciwko Rugii (1135). Racibor,
do którego szybko dołączyły siły Rugiów, postanowił rozbić duńską flotę jeszcze na ich wodach.
Jednak bitwa do jakiej doszło pokazała jedynie nieudolność duńskiego władcy i brak poparcia dla niego ze strony wojska. Najprościej
rzecz mówiąc spora część floty duńskiej na widok Slowian rzuciła się do ucieczki. Król Eryk zaś skwapliwie do nich dołączył. Ci, którzy
zostali i zdecydowali się na walkę, zostali szybko otoczeni. Wówczas Racibor wykazał się znakomitym instynktem politycznym – zamiast
zmasakrować puścił ich wolno, a nawet zagroził wojowniczym Rugiom (którzy ochoczo wyrzynali duńskie załogi) atakiem, jeśli ci nie
zaprzestaną walki. Racibor doskonale wiedział, że słaba pozycja Eryka jeszcze osłabnie z uwagi na jego nieudolność i tchórzostwo na
polu walki. Trzeba tylko umozliwić, by porzuceni przez króla wojownicy pojawili na wiecu, do którego z pewnością dojdzie.
Jednak na tym nie poprzestał. Jego flota uderzyła na Roskilde, traktowane przez Eryka jako stolicę. Miasto i port poddały się bez
walki zaś „zamek Haralda”, cytadelę broniącą port, wzięto szturmem. Po splądrowaniu i podpaleniu miasta Słowianie wrócili do swych
siedzib, kontynuować przygotowania.
W 1136 roku gotowa wyprawa składała się prawdopodobnie z 650 okrętów (sześć i pół sieciny statków – jeśli wierzyć Snorre Sturlasonowi).
Jednak nie wszystkie były sławnymi jednostkami z końmi. Około dwustu było typowymi okrętami bojowymi, reszta zaś owymi sławnymi
trasportowcami (przewozącymi po 44 ludzi i dwa konie – miało to rozwiązać problemy aprowizacyjne i zapewnić elastycznośc działania).
Flota ruszyła w dwóch falach na Konungahelę, największy ośrodek na Półwyspie Skandynawskim z ogromnym portem i potężnym zamkiem. Mimo
ogromnej akcji propagandowej biskupa Asgera, który ogłaszał w Europie wyprawę krzyżową przeciwko poganom (!), poza siłami z etnosu
skandynawskiego, nie pojawiło się zbyt wielu "krzyżowców". W fiordzie Götalev wyminięto wbite w dno pale obronne (tu kłania się kunszt
marynarzy) i podpłynięto bliżej wybrzeża. Konungahela była położona w głębi lądu (kilkanaście kilometrów!), a prowadziły do niej dwie
odnogi rzeki Göty. Już podczas ich przepływania doszlo do zażartej walki z kilkoma statkami handlowymi, wspieranymi przez mieszczan.
Walka była ciężka, ponieważ na wąskich odnogach flota nie mogła rozwinąć swych sił, jednak skończyła się zwycięsko.
Słowianie dotarli do miasta i rozpoczęli szturm. Udało się je zdobyć dzięki doskonałemu manewrowi – Racibor rozkazał wysadzić na ląd
konnicę, która okrążyła miasto i zaatakowała je od tyłu. Nie tylko zaskoczono w ten sposób obrońców, ale też przegnano duży oddział
Norwegów śpieszących na pomoc.
Później przystąpiono do oblężenia potężnego zamku-cytadeli. Racibor zastosował w nim całą masę machin oblężniczych, po które kilkukrotnie
posyłał swoje statki. Jest bardzo mało prawdopodobne, że zamek został wzięty w kilka dni. Oblężenie mogło trwać znacznie dłużej,
gdyż wracając Racibor miał problemy z lodem, który zatarasował cieśninę Sund (a zwykle działo się to na przelomie listopada i grudnia).
Poza tym, zamek zdobyto dzięki wybudowaniu ogromnych linii fortyfikacyjnych blokadowych, które odcięły obrońców od pomocy z zewnątrz,
a to musiało trwać.
Z każdego punktu widzenia (wojskowego, technicznego i politycznego) wyprawa na Konungahelę była majstersztykiem. Raciborowi udało się
zdyskredytować króla Eryka, który dążył do zjednoczenia całego etnosu skandynawskiego (Norwedzy i Szwedzi zawarli pokój, który był
tak naprawdę wypowiedzeniem przysięgi lennej Erykowi), a Konungahela nie wróciła już do swej świetności.
Jednak były też cienie tej wyprawy: chodzi głownie o Rugiów, którzy łatwo wpadali w bojowy szał i książę Racibor miał kilka razy
problemy, by przywołać ich do porządku. Musiał się nawet posuwać do działań zbrojnych przeciwko tym szaleńcom, którzy wyli jak wilki
i mordowali kogo popadnie. To z ich powodu (zwłaszcza że stracili oni wiele statków) miasto zostało mocno złupione i spalone. Trzeba
pamiętać, że Racibor chciał uchodzić za chrześcijanina, natomiast Rugiowie byli pogańscy. Książę zwyczajnie bał się, że odium pogaństwa
spadnie też na niego, dlatego odkupywał różne relikwie, zagrabione przez Rugiów, po czym zwracał je Skandynawom (nawet ocalił osobiście
pewnego księdza)
Te arcydzieło wojskowe Racibora, „króla morskiego”, bardzo rozsławi jego imię ale też z pewnością wpłynie na przyszłe wydarzenia –
chodzi o kwestię ataku Szczecina przez krzyżowców w 1147 roku.
źródła:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_o_Konungahel%C4%99
Polecam też książkę Zofii Kossak-Szczuckiej „Troja północy”, fragment:
http://bialczynski.wordpress.com/krolestwo-sis-i-jego-cuda/sztuka-krolestwa-sis/zofia-kossak-szczucka-troja-polnocy/
autor:Ryuuk
Subskrybuj:
Posty (Atom)